Beer Geek Madness 2

Za nami druga edycja wrocławskiego Beer Geek Madness. Dwanaście polskich premier, browar The Alchemist ze swoim słynnym Heady Topper, ciężko dostępne piwa z USA, koncerty, wystawy i afterparty na dachu. Na papierze wygląda to wszystko niezwykle zachęcająco. A jak było w praktyce?


Za sprawą typowych konsekwencji podróży polską koleją na miejsce dotarłem dosyć późno, bo dopiero po godzinie 19. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Pomimo pominięcia kilku wystąpień na scenie czy pobocznych wydarzeń, takich jak sadzenie craftowego drzewa przez zespół Please The Trees, zdołałem całkowicie ominąć kolejki do wejścia, organizm po wygrzaniu w obligatoryjnej saunie oferowanej przez PKP wręcz domagał się chłodnego piwa, a najlepsze i tak było ciągle przede mną. Ale zacznijmy od początku…

Miejsce

A zacząć warto od opisu samego miejsca. Zaklęte Rewiry od pierwszego kontaktu urzekają swoim lekko surowym, klubowym klimatem i pokazują, że mamy do czynienia z imprezą inną niż typowe polskie festiwale piwne. Przytłoczyć może też ich wielkość. Mimo, że każdy uczestnik przy wejściu otrzymał dokładną mapkę, na początku i tak trudno było połapać się gdzie właściwie jesteśmy i o co w tym wszystkim chodzi. Zadania nie ułatwiały spore ilości przepływających jeszcze wtedy ludzi, uniemożliwiających znalezienie sobie dogodnego kąta na jej głębszą analizę.

Beer Geek Madness 2

Ten aspekt na szczęście z godziny na godzinę wyglądał coraz lepiej. Prawdę mówiąc lekki ścisk odczułem tylko przez pierwsze kilkadziesiąt minut od wejścia na teren imprezy. Z biegiem czasu płynne poruszanie się po obiekcie, czy nawet znalezienie sobie wygodnego kawałka ziemi na krótki odpoczynek nie stanowiło problemu. Kolejki do łazienek czy strefy gastronomicznej w zasadzie nie istniały, a te do stoisk z piwem były kwestią maksymalnie kilku minut oczekiwania. Tak więc przy szacowanej frekwencji około 3000 osób uważam, że Zaklęte Rewiry poradziły sobie znakomicie.

Piwo

Kolejną rzeczą wyróżniającą Beer Geek Madness spośród innych imprez jest są warzone specjalnie na tę okazję, często bardzo nietypowe i eksperymentalne piwa. Każdy z zaproszonych polskich browarów przywiózł ze sobą jedno piwo premierowe i jedno sztandarowe ze swojej oferty. Ze wszystkich premier uczestnicy w wyniku głosowania wybrali najlepsze, tzw. Beer Geek Choice. Zwycięzcą został Browar Widawa ze swoim X, czyli American IPA leżakowanym w beczkach po Jacku Danielsie, którego wyszynk prowadzono przy pomocy azotu. Niestety piwo to skończyło się gdy dzieliło mnie od niego może jeszcze pół metra kolejki, która notabene do stoiska Widawy była wiecznie najdłuższa.

Dochodzimy tutaj do największego spośród bardzo nielicznych niedociągnięć imprezy – piwa było zwyczajnie za mało. Spróbowanie wszystkich premier wymagało narzucenia niemałego tempa i przemyślanej taktyki, a przed północą nie można było się napić już chyba niczego (nie licząc wsparcia, które pojawiło się na dachu, ale o tym za chwilę).

bgm3

Niezbędnik każdego uczestnika.

A jak wyglądała reszta polskich premier?

Piwoteka, Albedo (Imperial Witbier z białym pieprzem i białą kurkumą) – aromat zdecydowanie przyprawowy, kolendra, może nieco tego pieprzu. Nie znam aromatu kurkumy, ale przyprawowość była tutaj bardziej rozbudowana niż w typowym, opartym na samej kolendrze Witbierze. Niestety intensywność aromatu pozostawiała wiele do życzenia. Smak bardzo podobny – przyprawowy z lekką kwaskowatością, jednak to wszystko zbyt mało intensywne, piwo było lekko puste. Zabrakło mu też typowej dla stylu rześkości, co można poniekąd tłumaczyć ‚imperialnością’ tej wersji, ale uważam, że dobry Imperial Witbier potrafi połączyć stosunkowo dużą treściwość ze swoim typowym, orzeźwiającym akcentem.

Kraftwerk, Citrinitas (Smoked Chilli India Pale Ale) – aromat bardzo obiecujący, cytrusy, wyraźna brzoskwinia i dobrze wyważona wędzonka. W smaku nieco gorzej. Zabrakło tutaj znowu intensywności, przez co całość wydała się trochę za pusta. Chilli wyczuwalne może na granicy percepcji, nie wiem czy bez sugestii bym w ogóle zauważył. Goryczka zdecydowanie za niska. Generalnie mimo niedociągnięć piwo dosyć przyjemne.

Mason, Rubedo (Pine Smoked Altbier) – w aromacie lekkie tostowe nuty i minimalna wędzonka. Intensywność pozostawia wiele do życzenia. W smaku piwo mocno mdłe, bez typowego dla Altbiera, wytrawnego finiszu. Goryczka zdecydowanie za niska, podobnie jak wysycenie.

Browar Stu Mostów, Nigredo (Chocolate Mint Foreign Extra Stout) – w aromacie bardzo wyraźna kawa, czekolada, trochę nut ziołowych i owocowych. W smaku podobnie – kawa, czekolada, zioła, mięta, lekkie suszone owoce. Całość należycie treściwa, a finisz nietypowo cierpki i ściągający, co można by uznać za wadę, choć moim zdaniem dodało to piwu ciekawego charakteru i zwiększyło pijalność.

Kingpin, Lunatic (Witbier z grillowaną cytryną i granatem) – intensywny aromat pomarańczy, cytrusów i kolendry. W smaku dosyć treściwe jak na swoje parametry, ale mimo to mocno orzeźwiające. Bardzo wyraźna pomarańcza, cytryna, lekka nuta słodszych owoców. Finisz dosyć cierpki. Bardzo udany Witbier zostawiający daleko w tyle swojego rywala z Piwoteki.

Profesja, Alchemik (Wild India Pale Ale) – W aromacie cytrusy, melon, klimatów dzikich nie za wiele. Może odrobina nietypowych estrów. W smaku wygląda to podobnie. Piwo dosyć treściwe, nieco mdłe. Przeciętnie.

Pinta, takAHaka (Double Chocolate Orange & Exotic New Zealand Haka Black IPA) – aromat wybitnie czekoladowy z minimalną nutą pomarańczy. W smaku średnia treściwość, mocna czekolada, lekkie cytrusy wraz z nutką kwaskowatą tworzą dosyć cierpki i ściągający finisz ze średnią, dosyć wyraźnie przypalaną goryczką. Całkiem niezłe i ciekawe na swój sposób.

Birbant, Wild Wild East (Wild Wildberry Russian Imperial Stout) – zapach mocno kwaskowaty z lekką czekoladą. W smaku brakuje przede wszystkim treściwości, ale jest bardzo przyzwoita kwaśność, owocowość, czekolada, szczypta jakby fenolowej pieprzności. Alkohol doskonale zamaskowany. Wyśmienity sour ale, choć RISem bym go nie nazwał.

Doctor Brew, Saxy Beer (chyba można powiedzieć, że bezstylowiec, określony przez samych twórców ‚Just Crazy Beer‚) – aromat dosyć złożony, bardzo wyraźna porzeczka, lekkie klimaty winne, słód. Smak to przede wszystkim czarna porzeczka wraz z wyraźnym kwaskiem i inne owoce. Dalej są tu obecne klimaty winne, a nawet lekko nalewkowe, choć alkohol jest niezwykle dobrze ukryty jak na 10% i nie jest wyczuwalny bezpośrednim, ostrym posmakiem, a właśnie taką nalewkową synergią z posmakami owocowymi. Całość dosyć treściwa i unikalna. Piwo zbierało skrajne opinie, mi osobiście przypadło do gustu.

Pracownia Piwa, Magic Dragon (Herbal Dark Saison) – zapach bogaty i unikalny: szałwia i cała gama innych ziół, jagoda. Treściwość średnio niska, a sam smak to nadal bardzo wyraźna jagoda, szałwia, mięta i inne zioła. Jest naprawdę ‚Herbal’ jak nazwa wskazuje, chociaż nie za bardzo odczuwam tutaj z kolei element ‚dark’. Goryczka średnio niska, wyraźnie ziołowa. Bardzo dobre i nietypowe piwo, choć sądzę, że jedni je pokochają a inni znienawidzą.

Oprócz piwa z Widawy nie udało mi się też załapać na Sour Cherry z Szałupiw. Poznański browar miał jednak w swojej ofercie drugie piwo, dla którego również był to debiut. Mgły Chwaliszewa to Wild Belgian India Pale Ale. Zarówno zapach jak i smak to wyraźne nuty chmielowe: cytrusy, przejrzały melon, odrobina estrów. Niestety żadnej dzikości tutaj nie poczułem nawet po solidnym ogrzaniu. Podobno wcześniej była, ale poszło trochę za dużo chmielu na zimno. Goryczka co najwyżej średnio niska, a całość przeciętna. Dużą uwagę przyciągał za to sposób w jaki serwowane było owe piwo. Do pustej przestrzeni w szkle ‚nalewany’ był dym o wyraźnym aromacie chmielowym, który można było inhalować przed spróbowaniem piwa.

Oprócz piw z polskich browarów organizatorzy ściągnęli też sporo ciężko dostępnych perełek ze Stanów Zjednoczonych. Niestety tak jak mówiłem wcześniej, ze względu na ograniczenia czasowe i małą ilość piwa wszystkiego spróbować się nie dało, skupiłem się więc na polskich premierach, a produkty z USA rozeszły się w tym czasie błyskawicznie. A polować było na co. Style takie jak leżakowany w beczkach Rauchbier z dodatkiem soli czy RIS z beczki po rumie mówią same za siebie.

Wydarzenia okołopiwne

Popijając kolejne piwa ciężko było się nudzić. Na głównej scenie posłuchać można było między innymi Pawła Piłata opowiadającego o polskim chmielu, a przyciągającym uwagę zwieńczeniem jego wystąpienia była degustacja piw domowych uwarzonych przy użyciu różnych odmian wyłącznie rodzimego chmielu.

Niemniej ciekawe było wystąpienie Przemysława Leszczyńskiego, który opowiadał o drożdżach. Choć skierowane ono było raczej do osób słabiej obeznanych z tematem, to znowu bardzo interesującą atrakcją było próbowanie piwa przefermentowanego w tej samej temperaturze przy użyciu różnych szczepów drożdży, od piekarskich po lambikowe. Mimo, że efekt był dosyć prosty do przewidzenia, to uważam, że z takich degustacji porównawczych, opartych na identycznej brzeczce zawsze można wynieść co nieco wiedzy.

Punktem kulminacyjnym wieczoru było oczywiście pojawienie się na scenie Jima Conroya, piwowara browaru The Alchemist, będącego gwiazdą tegorocznej edycji Beer Geek Madness. Aby zawitać w Zaklętych Rewirach musiał on przebyć niemały kawałek świata, gdyż browar zlokalizowany jest w stanie Vermont w USA. Udzielił on krótkiego wywiadu, w którym opowiadał głównie o samym browarze jak i o swoich wrażeniach po pierwszym kontakcie z polską sceną piwa rzemieślniczego. Nie mogło zabraknąć pytania o kontrowersyjną tezę jakoby Heady Topper, czyli flagowy produkt browaru, najlepiej smakował pity prosto z puszki. Jim podtrzymał to stanowisko argumentując, że po przelaniu do szkła aromaty czujemy tylko na początku, po czym zaczynają one ulatywać, podczas gdy puszka cały czas je skupia. Cóż, mnie jak i chyba nikogo innego z publiczności ta argumentacja nie przekonała, ale jak mówił sam Jim – jest to tylko sugestia i niczego on nie narzuca.

BGM3

Jim Conroy z browaru The Alchemist (po prawej).

Po zakończeniu wystąpienia gwiazdy wieczoru ruszyła sprzedaż piw browaru The Alchemist. Początkowo walka o jak najszybsze dostanie się do punktu sprzedaży była dosyć intensywna, co gorsza okazało się, że w specjalne żetony do zakupu tych właśnie piw trzeba było zaopatrzyć się wcześniej, a ich sprzedaż chwilowo nie jest prowadzona i nie wiadomo czy piwa starczy na drugą turę. Na szczęście wszystko skończyło się pomyślnie i po odczekaniu kilkudziesięciu minut mógł się w nie zaopatrzyć każdy zainteresowany. A była to nie lada gratka, bo kupić można było wcześniej wspomnianego Heady Toppera oraz Focal Bangera. Piwa te są ciężko dostępne nawet w samych Stanach Zjednoczonych, a pierwsze z nich jest najlepszym piwem na świecie według serwisu Beeradvocate. Degustacja obydwu już niedługo na blogu.

Inne atrakcje

Nie zabrakło też atrakcji nie związanych bezpośrednio z piwem. Między kolejnymi wystąpieniami prelegentów cały czas odbywały się różnorakie koncerty. Te przy głównej scenie oscylowały głównie wokół jazzu i rocka, co mi osobiście bardzo odpowiadało. Dostępna była też scena alternatywna, przy której jednak z powodu braku możliwości bycia w dwóch miejscach na raz nie spędziłem prawie w ogóle czasu. Łącznie podczas trwania całej imprezy odbyło się aż osiem koncertów.

Beer Geek Madness 2

Jeden z wielu koncertów przy głównej scenie.

Przez cały czas otwarta była również strefa ‚Beer is Art’ gdzie można było robić naprawdę rozmaite rzeczy od oglądania Harley’ów i budowli z klocków Lego, przez przystrzyżenie sobie brody aż po spontaniczny tatuaż.

Miłym zaskoczeniem była dla mnie też strefa gastronomiczna. Spodziewałem się typowych dla tego rodzaju imprez fast foodów po wygórowanych cenach, tymczasem zjeść można było zupełnie przyzwoite żeberka czy golonkę i to za naprawdę uczciwe pieniądze, mając przy tym swobodny dostęp do wszelkiej maści sosów i pieczywa.

Zwieńczeniem drugiej edycji Beer Geek Madness było afterparty odbywające się na dachu. Z ratunkiem na kończące się przy głównej scenie piwo przyszło tutaj wsparcie z niemieckich browarów rzemieślniczych, będących zapowiedzią kolejnej edycji imprezy. Spragnieni mocniejszych wrażeń mogli też zupełnie za darmo próbować whisky polewanej na stanowisku Jamesona. Wszystko to odbywało się w rytmach elektronicznej muzyki granej przez rozmaitych DJ’ów, a gdy opuszczałem lokal przed godziną trzecią w nocy zabawa trwała w najlepsze.

Beer Geek Madness 2

Afterparty na dachu.

Podsumowanie

Beer Geek Madness bardzo przypadło mi do gustu. Jest to impreza od początku urzekająca swoim klimatem i bardzo dobrze zorganizowana. Jej koncepcja jest o tyle ciekawa, że nie nudziłyby się tutaj osoby nawet średnio zainteresowane piwem. Paradoksalnie ze względu na konieczność kupna szkła w cenie wejściówki i lokalizację Zaklętych Rewirów osób z przypadku jest tu niezwykle mało, w porównaniu do innych festiwali. Jedyne do czego ja mogę się przyczepić to zbyt mała ilość piwa, zwłaszcza premierowego. W mediach społecznościowych można spotkać pojękiwania na kilka mniejszych detali, ale myślę, że zdecydowana większość uczestników się ze mną zgodzi, że wszystko to były szczegóły nie przykrywające doskonałego wrażenia, jakie wywarła całość.